zdjecie 4 serc

zdjecie 4 serc

środa, 26 listopada 2014

Pluszowy miś... świętuje dziś

Powycierany, z łapką na temblaku, uśmiecha się radośnie z półki nad moją głową. Powiernik tajemnic, pocieszyciel, towarzysz podróży, mięciutki przyjaciel na dobre i na złe. Moje dziecięce życie bez niego z pewnością byłoby mniej kolorowe. O tym, że łączy nas jakaś szczególna więż, świadczy to, że wciąż jesteśmy razem :).

Pluszowy miś... bo to o nim mowa, towarzyszy mi od pierwszych dni życia.

Odkąd sięgnę pamięcią zawsze był bohaterem zabaw, wszędzie ze mną jeździł, pomagał przezwyciężyć strach albo wciągał jak gąbka moje łzy.
Poprostu był... a to w żywocie misia najważniejsze. 
Teraz siedzi na półce i z każdym moim spojrzeniem przywodzi kolorowe wspomnienia z dzieciństwa.

Z przyjemnością obserwuję jak dziewczynki nawiązują tą puchatą przyjaźń i cieszę się, że one także mają swoje ukochane maskotki. 


Pluszowe misie, w dniu Waszego święta życzę Wam miliona uścisków i życia u boku kochających Was dzieciaczków :)

*edit: Międzynarodowy Dzień Pluszowego Misia przypada na 25 listopada. Niestety nasz post dodał się odrobinę po północy.
Wybaczcie to małe zawirowanie z datami.

czwartek, 20 listopada 2014

Chcę być strażakiem...

Nasze córki z racji wykonywanych przez nas zajęć i pasji, ze strażą pożarną mają kontakt od urodzenia. Ola swoją pożarniczą edukację zaczęła bardzo wcześnie, a i Paulinka mimo swoich 5-ciu miesięcy w strażnicy była już kilkanaście razy.


Dlatego nie dziwi mnie, kiedy Ola na zadane pytanie o przyszłość... zdecydowanie odpowiada "strażakiem" :).


         
Nie dziwi mnie również, że każdy mały chłopiec odpowiada podobnie... bo wiecie co... strażaki to naprawdę fajne chłopaki.

Uwielbienie naszych dzieci do superbohaterów nie dziwi, bo taki to pomoże, kogoś uratuje, skacze, lata, itd. Jedyną jego wadą jest to, że nie istnieje w rzeczywistości.

A taki strażak... może i nie lata, ale za to wspina się wysoko po drabinie, zdejmie kotka z drzewa, uratuje rodzinę z płomieni. To dopiero superbohater. A w dodatku istnieje naprawdę i czuwa gdzieś obok w gotowości, aby nam było bezpiecznie.



Mówią, że aby pracować w tym zawodzie trzeba mieć ogromne pokłady empatii, bo nie każdy jest w stanie przedłożyć czyjeś życie nad swoje. Trzeba mieć odwagę, siłę i umiejętność współpracy.
Ale nikt nie mówi o wręcz genialnym podejściu strażaków do dzieci. Nie znam,ani jednego przedstawiciela tego zawodu (a znam ich całkiem sporo), który nie lubiłby dzieci. A dzieci nie da się oszukać gierkami i udawaniem, wyczuwają fałsz na kilometr.



Czasami podziwiam chłopaków, którzy przez cały dzień na festynie z uśmiechem prezentują dzieciakom swój specjalistyczny sprzęt, wpuszczają do wozu bojowego czy dzielą się umundurowaniem, a potem pełni zapału jadą do akcji. Podziwiam, kiedy przedszkolne wycieczki (nierzadko utożsamiane ze stadem szarańczy) penetrują grupowo zakamarki strażnicy zadając tysiące pytań.


Jestem dumna z tego, że moje córki wyrastają w atmosferze strażackiego ducha. Cieszę się, że Komendanci pozwalają maluchom na wstęp do strażnic. Dla wielu małych "strażaków" to spełnienie marzeń i kto wie może wstęp do przyszłej "kariery" w szeregach PSP lub OSP. Nie gaśmy tych marzeń...



Ps. Ola zakomunikowała mi dzisiaj, że zamierza zostać strażakiem-baletnicą. I jak tu nie zwariować...
... z miłości :) 
Ps2. Ciekawe co wymyśli Paulinka?

sobota, 15 listopada 2014

Wielkie słowa...mali ludzie

Niepodległość, patriotyzm, ojczyzna.
Wielkie słowa, które moim zdaniem, powinny być wpajane dzieciom od najmłodszych lat.
Odkąd pamiętam, zawsze wstawałam słysząc Mazurka Dąbrowskiego, podczas ważnych świąt wywieszałam z Rodzicami flagę i zawsze miałam szacunek do symboli narodowych. 
O tym jak ważna jest wolność naszego kraju, jak ciężko żyło się pod zaborami lub podczas wojny opowiadali mi pradziadkowie i dziadkowie. Rodzinne historie dla mnie (żyjącej w czasie pokoju) były mocno abstrakcyjne, ale niesamowicie ciekawe. Zdecydowanie bardziej niż to co czytałam w podręcznikach na lekcjach historii. 
To Rodzice, Babcie i Dziadkowie nauczyli mnie szacunku do ojczyzny i osób, które walczyły o jej niepodległość.


Teraz to na nas spoczywa obowiązek przekazania tej nauki na dalsze pokolenie.
Dla naszych córek pojęcie wolności, wojny czy zaborów, jest jeszcze za poważne. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby (szczególnie Oli) wytłumaczyć na czym polega szacunek do flagi, godła i hymnu narodowego.

Od kiedy urodziła się Aleksandra, a teraz i Paulinka, Dzień Niepodległości staramy się spędzać aktywnie. Chodzimy na spacery w miejsca związane z historią naszego kraju, na parady wojsk, na pokazy musztry, itp. 


Od kilku lat możemy liczyć na co raz to ciekawszą oprawę Święta Niepodległości. Organizatorzy najróżniejszych marszów dbają, aby były one bezpieczne i atrakcyjne także dla rodzin z dziećmi.
Tym razem wybraliśmy paradę na Krakowskim Przedmieściu.
Nie opowiadam się za żadną opcją polityczną(!). O wyborze akurat tego "marszu" zaważyła chęć pokazania dzieciom jak wyglądają poszczególne wojska, Prezydent, Premier i najważniejsze osoby w Państwie. To czy ich popieramy czy nie, nie ma tu znaczenia. Takim osobom (niezależnie od opcji politycznej) należy się szacunek i tego wymagam od moich dzieci.


Jest mi wstyd za tych pseudo patriotów, którzy z obchodów tak ważnego dla Polaków Święta zrobili sobie kolejną regularną ustawkę. 
Mam nadzieję, że moje dzieci, nawet jeśli będą miały poglądy skrajnie odmienne od opcji rządzącej, będą wyrażały je w sposób kulturalny i pozbawiony agresji.
Wiem, że do tego czasu upłynie jeszcze co najmniej kilkanaście lat, ale czym skorupka za młodu nasiąknie...



Ze swojej strony zrobię wszystko, aby dziewczynki były dumnymi ze swojego pochodzenia Polkami, potrafiącymi szanować swój kraj i jego historię.


wtorek, 11 listopada 2014

Warsztaty tworzenia zabawek...

Kredki, klej, kolorowe papiery, rolki, sznurek, tekturowe pudełka i nasza fantazja = księżniczki, smoki, pająki, kucharze, wróżki i świetna zabawa.


Kolejne spotkanie z Ekipą "Przystanku Twórczość" przeniosło nas w bajkową krainę. Udowodniło, że aby się dobrze bawić, nie trzeba zostawiać majątku w hipermarkecie. Wystarczy kilka przedmiotów, które mamy w domu i super zabawa gotowa.


O tym, jak fajnie jest spędzać czas z własnym dzieckiem (w moim przypadku  z dwójką), nie muszę chyba pisać?! Każda chwila poświęcona naszej latorośli  procentuje.
A jeśli ten czas to kreowanie nowych bajkowych scenariuszy, obustronna inspiracja i współpraca... czego chcieć więcej.
Fantazja Oli nie zna granic, gorzej z moimi umiejętnościami manualnymi, ale wspólnymi siłami dałyśmy radę. Małe rączki, mimo iż jeszcze niewyćwiczone radziły sobie lepiej z klejeniem niż moje po tylu latach edukacji :).
Ale co tam zdolności plastyczne... liczy się świetna zabawa i wyobraźnia, a tej nam nie zabrakło. 


"Twórcze" spotkanie trwało 1,5h, ale nas oczywiście tak poniosło, że zamek i jego mieszkańców upiększałyśmy do późnego wieczora. Muszę przyznać, że po ciężkim dniu, chętnie przeniosłam się w tą bajkową krainę i wcale nie chciało mi się wracać do rzeczywistości. Gdyby nie głód (ahh, jakie to przyziemne), który dał o sobie znać, dalej byłabym smokiem.


Warsztaty z tworzenia zabawek pozwalają mi na wiele przedmiotów spojrzeć innym okiem, to co pewnie dawno wylądowałoby w koszu zyskuje nowe życie. Cieszą się zwierzątka, szeroko pojęta zielenina i ja, bo mam chociaż odrobinę poczucia ekologicznego podejścia do surowców wtórnych.
Po za tym nie od dziś wiadomo, że jestem dzieciakiem uwięzionym w ciele trzydziestoparolatki, więc każda okazja do zabawy cieszy podwójnie.
Dzięki Przystanku, że te większe dzieci mogą u Was czerpać tyle inspiracji.


Przepraszam Kochani... dziewczynki wołają...
Zapraszamy do naszego królestwa...

piątek, 7 listopada 2014

Ściana...

Może to...
Nie, jednak to... 
Ale to podobne do tamtego...
A na tym mam głupią minę...

Wprowadzanie tego pomysłu w życie trwało niezwykle długo. Oczywiście nie dlatego, że wykonanie wymagało czasu, tylko dlatego, że ciężko mi było zebrać się do działania. 
O ścianie z naszymi rodzinnymi zdjęciami marzyłam od dawna. Skrupulatnie nabywałam ramki, wybrałam miejsce gdzie zawisną i ... utknęłam na wyborze fotek. 
W dobie cyfrówek, kiedy zdjęcia cykamy bez opamiętania, wybranie kilku z pośród tysiąca, to nie lada wyzwanie. 
W końcu się udało.
Po długim okresie dumania MAM... :)


Uważam, że zdjęcia domowników fajnie personalizują wnętrze, a nasze w tym względzie było dość surowe. Wybór padł na fotki w kolorze. Czarno-białe zdjęcia są piękne, ale ta "ściana" miała rozweselić nasz monochromatyczny pokój. Mam nadzieję, że udało się uzyskać ten efekt?!

Nasza fotościanka będzie się sukcesywnie powiększać, ponieważ w szafce czeka jeszcze kilka ramek, a na komputerze kolejna porcja zdjęć :).

No cóż, następny proces decyzyjny przede mną. Ciekawe ile potrwa tym razem ;P.

wtorek, 4 listopada 2014

Halloween

Nie jestem specjalnie zagorzałym przeciwnikiem ani zwolennikiem obchodzenia Halloween.
Uważam, że każda okazja na spotkanie ze znajomymi jest dobra, a jeśli data pokrywa się ze "świętem duchów" pozwala to na jeszcze większą kreatywność w przygotowaniu przyjęcia.
Tym razem goście przybyli z dzieciakami, więc dobór potraw był też planowany pod ich kontem.
Muszę się przyznać, że w kuchni jestem totalnym beztalenciem. Moje zdolności kulinarne ograniczają się do podgrzania wody na herbatę, kotleta i jajecznicy, więc przekąski nie mogły być zbyt skomplikowane w przygotowaniu.
Inspiracje zaczerpnęłam z internetu, natomiast dobór składników i wykonanie to już własna inwencja twórcza.

W związku z tym na stole zagościły: tosty pajęczynki, parówki mumie, banany duszki, mandarynki dynie i lizaki duchy.

Do tej pory nikt z gości nie zgłosił żadnego "potwornego" zatrucia, więc jestem mocno podbudowana jeśli chodzi o moje pichcenie i włączę to halloween'owe menu do listy imprezowych potraw :)





A żeby nadać spotkaniu straszniejszego charakteru i zająć czymś Olę, otworzyłyśmy produkcję nietoperzy i duchów.









niedziela, 2 listopada 2014

Rydwany Ognia

Zeszły weekend zapowiadał się nieciekawie. Pogoda nie nastrajała do długich spacerów. Radek w pracy, a my nie miałyśmy konkretnych planów.
Pomysł na fajne spędzenie popołudnia pojawił się po telefonie Radzia, który poinformował nas o imprezie o rozgrzewającym tytule "Rydwany Ognia 2014".
Nie myśląc długo, zapakowałam dziewczynki do samochodu i wyruszyłyśmy się bawić na teren OSiRu na Ochocie.


Strażacy jak zwykle nie zawiedli.
Oprócz możliwości obejrzenia wozów bojowych, dzieciaki mogły sprawdzić swoją sprawność podczas pokonywania torów przeszkód, wspinaczki na ściance, pokonać strach w komorze dymowej, a do tego wygrać ciekawe nagrody. 
Nie zabrakło również atrakcji dla starszych. Uczestnicy imprezy uczyli się bowiem jak prawidłowo używać gaśnic oraz jak zachować się w zadymieniu.  






Paulinka... no cóż... obserwowała wszystko uważnie z pozycji leżącej :), natomiast Ola bawiła się wyśmienicie. 
Najbardziej do gustu przypadła jej ścianka wspinaczkowa i związane z nią zjeżdżanie na linie oraz możliwość "wypsikania" gaśnic:).



Organizatorzy nie pozwolili dzieciakom się nudzić. Impreza nas nie zawiodła.
Mimo zmarznięcia, do domu wróciłyśmy pełne ognistych wrażeń.


piątek, 31 października 2014

Nasza Ola Przedszkolaczek...

Ale jestem dumna z naszej starszej Córki!

Pierwszy uśmiech, pierwszy ząb, pierwsze kroki, pierwsze słowa...wszystkie te pierwsze razy były czymś niezwykłym. Jednak wczorajszy pierwszy raz rozłożył mnie na łopatki. 

Otóż wczoraj popołudniu Ola wstąpiła oficjalnie w poczet przedszkolaków. 
Dzieciaki zrobiły nam mega niespodziankę, którą był (wcale nie taki krótki) występ. 
Jak tylko weszły wywołały salwę oklasków, bo poprzebierane były w stroje krasnoludków.
Ja oczywiście nie wytrzymałam ze wzruszenia i ukradkiem ocierałam łzy, ale jak zaczęły śpiewać i tańczyć rozryczałam się jak bóbr. 
Tak, tak... należę do tych osób, które wzrusza reklama w telewizji albo ranny robaczek.
Jednak ten płacz był z radości, pierwszy raz zdarzyło mi się płakać z dumy. 
Niezwykłe uczucie.


Można być dumnym z siebie, z Męża, ale to nic w porównaniu do dumy z własnego dziecka.
Do tej pory nie mogę uwierzyć, że Ola nauczyła się na pamięć tylu piosenek, wierszyków i tańca. 
Widownia była duża, a ona zero tremy.
Wyśpiewywała te wszystkie przedszkolakowe piosenki, przyprawiając mnie o co raz bardziej spływający makijaż. 
Radek także pękał z dumy. Może nie rozkleił się jak ja, ale widziałam po minie, że jest bardzo przejęty.

Dla takich chwil warto znosić te wszystkie fochy, piski, trudy dnia codziennego.
Córeczko...nasz dzielny Przedszkolaku...dziękujemy !!!

czwartek, 30 października 2014

Pierwszy raz...

W życiu Paulinki dużo teraz "pierwszych razów". Jednak ten ma dla mnie szczególne znaczenie, bowiem wczoraj po raz pierwszy z maleńkich usteczek Paulinki usłyszałam słowo "MAMA".


Kocham, kocham, kocham!!!

środa, 29 października 2014

Mali naukowcy...

Eksperymenty...brzmi groźnie.

Ale...
Czy próbowaliście kiedykolwiek zbudować wieżę z makaronu i posadzić na jej szczycie piankowego smerfa?


To już wygląda mniej poważnie, a zabawa przy tym rewelacyjna.

W taki oto niekonwencjonalny sposób rozpoczął się wykład "Jak odkrywać z dzieckiem świat nauki?"

O tym, że moja starsza córka garnie się do odkrywania nowych rzeczy, nikt nie musi mnie przekonywać. 
Na dzisiejszym spotkaniu nauczyłam się, że nie należy jej w tym przeszkadzać. Dowiedziałam się jak zorganizować warunki do eksperymentowania.
Co może być świetnym tematem naszych odkryć. Jak rozmawiać o zagadnieniach i pojęciach, których poznawanie zaowocuje w czasie późniejszej edukacji w szkole. Gdzie szukać inspiracji do kolejnych doświadczeń. 

Największym wrogiem w procesie poznawczym są schematy, a chodzi o to, aby odkrywanie świata było dla naszych dzieci świetną zabawą.
Dlatego jutro po przedszkolu spróbujemy utopić mandarynkę, dosypać sody do octu i wznieść smerfa na wyżyny :).


Do tej pory nie byłam świadoma, że mózg takiego małego człowieka, chłonie wiedzę jak gąbka. To jakie informacje i bodźce dostanie teraz, zaprocentuje w przyszłości. 

Nigdy nie starałam się hamować mojego dziecka w kwestii doświadczeń. Uważam, że jeśli samo czegoś nie spróbuje, to nie będzie znało konsekwencji różnych rzeczy (oczywiście wszystko w granicach bezpieczeństwa).
Nie sądziłam jednak, że to poznawanie odgrywa aż tak ważną rolę. 
Od dzisiaj nie będę zrzędzić, kiedy dziewczynki coś rozleją, wysypią, wpadną do kałuży czy niemiłosiernie się ubrudzą. Jeśli ma to zaprocentować w późniejszym wieku, będę je wspierać i pilnować aby było bezpiecznie.

Muszę przyznać, że wykład pomógł mi spojrzeć na moje dzieci jak na małych naukowców i zainspirował mnie do wspólnego odkrywania świata nauki. 

Dzięki Ekipo "Twórczych Dzieciaków" to był naprawdę ciekawie spędzony wieczór.

niedziela, 26 października 2014

Szpilki w piaskownicy

I nie chodzi tu o atrybut każdej krawcowej, tylko niebotycznie wysokie damskie obuwie.

Pewnie większość eleganckich kobiet oraz niejaki Pan Louboutin, najchętniej by mnie zlinczowali za ten post, ale ja swoje zdanie i tak zamierzam wyrazić.
Zdaje sobie sprawę, że wysokie szpilki i czerwona pomadka dodają kobiecie 100% seksapilu, ale czy musimy być seksowne za wszelką cenę? O ile szminka nie ogranicza naszej zwinności, tak buty na wysokim obcasie już tak.

Szaleństwa naszych dzieci na placach zabaw czasami wymykają się z pod kontroli i przeciętny kilkulatek potrafi wleźć w miejsca potencjalnie niebezpieczne. W takiej sytuacji niezbędna jest potrzeba szybkiej reakcji, a w szpilkach może i łatwo o kocie ruchy, ale o kocią zwinność już trochę gorzej. Dlatego kiedy widzę mamę na obcasie, która spogląda zniesmaczona na moje sportowe obuwie, zupełnie się tym nie przejmuję, bo wiem, że przynajmniej ja biegnąc na odsiecz mojej latorośli, w piasku się nie zakopię.

Na Boga... piaskownica to nie czerwony dywan, ani deptak w nadmorskim kurorcie. To miejsce zabaw naszych milusińskich. Odnoszę jednak wrażenie, że są Mamy, które ponad bezpieczeństwo własnych dzieci przedkładają wygląd.
Uważam również, że w fajnie dobranym sportowym obuwiu można wyglądać równie stylowo, jak w szpilkach. O klasie i stylu nie decydują wysokie buty, a umiejętność dobrania stroju do okazji.


* wpis powstał spontanicznie po upadku małego chłopca ze zjeżdżalni... Chyba nie muszę pisać co na stopach miała jego Mama i ile trwało przebycie drogi z ławki do dziecka :/. Niestety nie dobiegła. Mały skończył tylko z rozbitą brodą, ale mogło być znacznie gorzej.
* jest też odpowiedzią na zarzut, że sportowe obuwie jest niekobiece. 
Ja czuje się kobieco niezależnie od tego co mam na sobie, bo to nie strój robi z nas seksbombę :). 

czwartek, 23 października 2014

W czasie deszczu dzieci się nudzą... cz.1

Jak ja nie cierpię takiej pogody.
Jesień może urokliwa, ale tylko do momentu, kiedy jest piękna złota i polska. Temperatura poniżej 15 stopni, deszcz i wiatr to istne barbarzyństwo.
Najchętniej zamieniłabym się w kota na zapiecku albo zakopała pod kocem z kubkiem gorącej herbaty.

Ale nic z tego...
Przy dwójce maluchów o leżeniu w ciągu dnia mogę zdecydowanie zapomnieć (dobrze, że w nocy są bardziej humanitarne), piec kaflowy mocno uszczupliłby metraż naszego niewielkiego "em", a wszystkie koce służą w naszym domu do budowania namiotów(!). Tak tak, dobrze rozumiecie, z pasją budujemy namioty. Nie wiem czy u wszystkich trzylatków występuje ten biwakowy syndrom, ale u naszej Oli zdecydowanie tak.

W związku z tym, wspomniany namiot służy nam do wszystkiego... do zabawy w dom, do zabawy w sklep, do piknikowania, jako szpital, psia buda i stołówka. Zaskakujące ile na tak niewielkiej powierzchni można umieścić zabawek, a potem dopchnąć się tam samemu :). Ola zdecydowanie mogłaby konkurować w tej dziedzinie z niejednym człowiekiem-gumą :)

Kto by pomyślał... kilka krzeseł, koce oraz minimalny zmysł architektoniczny i super budowla gotowa.
Propozycja tej zabawy  jest wybitnie ekonomiczna, bo każdy z nas posiada w domu wyżej wymienione przedmioty.

Mały wysiłek, a Ola jest szczęśliwa i bawi się całymi dniami. Czasami nawet zaprasza do swojego królestwa Paulinę. A ja mam chwilkę na napisanie posta... no chyba, że jestem akurat klientką namiotowego sklepu, gościem na pikniku, pacjentem szpitala polowego albo psem :).


wtorek, 21 października 2014

Urodziny Kinder Niespodzianki



Jakiś czas temu dowiedzieliśmy się o możliwości zarezerwowania wejściówek na Urodziny Kinder Niespodzianki. Nie mogliśmy z tej okazji nie skorzystać, ponieważ Ola jest wielką wielbicielką czekoladowego jaja z zabawką w środku.
Tym sposobem w minioną niedzielę trafiliśmy we czwórkę na Stadion Narodowy świętować Urodziny.


Impreza przez wielu skrytykowana, nam się podobała.

Spodziewaliśmy się sporych problemów z wejściem, bo zainteresowanie wydarzeniem było ogromne. Przy bramkach spotkała nas miła niespodzianka i weszliśmy punktualnie.
Pierwsze wrażenie ...łał... jak kolorowo, radośnie i głośno czyli tak jak powinno być na urodzinach.
Rozdawane przy wejściu czapeczki i korony pomogły nam wczuć się w "imprezowy" nastrój.
Ola obserwowała wszystko z ogromnym podekscytowaniem. Paulince też się chyba podobało, wymachiwała energicznie nóżkami i rączkami, domagając się pionowej pozycji, bo wiadomo, że w pionie więcej widać :).

Mimo ogromnych kolejek, w których trzeba było stać czasami nawet około godziny, udało nam się odwiedzić większość atrakcji. Ogonki wzięliśmy sposobem. Doświadczenie z lat młodzieńczych, kiedy wystawało się w kilometrowych kolejkach po papier toaletowy, zaowocowało tym, że zajmowaliśmy miejsce przy kilku stanowiskach równocześnie. Dzięki temu, że byliśmy razem ze znajomymi, każde z nas stało gdzie indziej, a dzieciaki przemieszczały się między atrakcjami dość płynnie.



Kolorowe karuzele, dmuchane zjeżdżalnie, piłeczki, pociąg, samochodziki, ogromne bańki mydlane, przechadzający się między dzieciaczkami szczudlarze i ogromne jaja - to to co tygrysy lubią najbardziej. Impreza prowadzona "z jajem" przez całkiem przystojnego Pana (Mężu nie czytaj :)), miała fajne energiczne tempo. 
Nie obyło się bez dostosowanych do wieku dzieci konkursów. W jednym z nich Ola wygrała zegarek.

Wszystko przeplatane koncertami Majki Jeżowskiej, czarami Macieja Pola oraz występami roztańczonych i rozśpiewanych dzieci. Swoją drogą Pani Majka daje radę. Pamiętam jak bawiłam się na jej koncertach będąc w wieku mojej starszej córki. Ja sporo podrosłam, a Majka Jeżowska cały czas taka sama :).

Dzięki temu, że mieliśmy bilety na godzinę 16-tą, udało nam się załapać na wielki finał. Specjalnie na tą okazję napisana piosenka i tysiące balonów spadających z osławionego dachu stadionu, wywołały u Oli i Krystiana okrzyki zachwytu.


Ale żeby nie było tak całkiem słodko...kilku rzeczy nam zabrakło.

Przede wszystkim mniejszych wersji Jubilata czyli prawdziwych jajek z niespodzianką.
Po drugie, jakiegoś spektakularnego wydarzenia związanego z wielkim tortem stojącym na środku płyty stadionu.
No i bezpłatnego parkingu, bo jak się kogoś zaprasza na Urodziny, to trudno wymagać od niego dodatkowych (niemałych jak za parkowanie) opłat.

Podsumowując... naszym dzieciom się podobało, a to miała być przede wszystkim przyjemność dla nich.
Po wyjściu ze stadionu były szczęśliwe i pełne wrażeń. Ola już zaplanowała 41.Urodziny Kinder Niespodzianki :)
Myślę, że ich uśmiechy powinny być najlepszą recenzją dla organizatorów Imprezy.


Dziękujemy za zaproszenie Kinder Niespodzianko !!!

poniedziałek, 20 października 2014

To my...

Witajcie na blogu Cztery Serducha...
Naszą zwariowaną Rodzinkę tworzą cztery osoby, mama, tata i dwie córeczki. Ola ma obecnie 3,5 roku, a Paulinka 5 miesięcy. Starsza dzielnie poznaje życie przedszkolaka, a młodsza póki co po prostu poznaje świat :).


Ten blog, to miejsce w którym chcemy zatrzymać wspomnienia, pokazać jak można fajnie spędzać czas z dzieckiem, relacjonować ciekawe wydarzenia, testować różne produkty dla małych i trochę większych, przyglądać się nowym osiągnięciom naszych dzieci.
Nie zabraknie również elementów dotyczących mody i wyposażenia wnętrz.

Myślę, że każdy Rodzic (i nie tylko) znajdzie tu coś ciekawego dla siebie.